Chodnikowe jaja

Nie ma ich. Są pobocza, place, parkingi, pomniki przypominające męskie przyrodzenie, ale chodników brak. Niby to azjatycka norma, choć w innych metropoliach ścieżki dla pieszych są, tyle że toną. W śmieciach, stoiskach z bananami, ulicznych salonach fryzjerskich, zaparkowanych frajersko rikszach. Nie w Dżakarcie. Tutaj pomyślano (i pomyślano zgoła dobrze): po cholerę? Tu się nie chodzi. Bo to nie miasto jest, tylko prawdziwy moloch.

Przy pierwszym lądowaniu w Azji, Bangkok prawie mnie strawił. Zdawało mi się wtedy, że sen planisty miejskiego jest efektem psychotropów prosto ze straganu przy Sukhumvit (długa ulica w tajskiej stolicy, przy której kupić można wszystko). Dżakarta jest Bangkokiem w wersji hard, poziomem Froggera, na który nigdy nie doszedłem rżnąc w przysłaną w świątecznej paczce z Niemiec konsolę Atari 2600. Normalnemu człowiekowi to miasto przyjemności nie sprawi i wynaturzy z turystycznej właściwości cieszenia się chwilą. To pierwsza reakcja.

A skoro gorzej być nie może, to po co robić sceny? Gówniane miejsca w podróży są chlebem powszednim, ale przydają się dla stymulacji szarej strefy mózgowej. Załącza się człowiekowi, że jeśli nie miasto to ludzie, jak nie architektura to jakieś jej ślady, że skoro tyle smogu, to może w porcie go mniej. I szuka. A radość podróży wraca, bo zwykle coś znajduje. W przybrzeżnych slumsach, na bazarach nieujętych przewodnikiem i podłych stoiskach, gdzie sprzedawcy wachlują sataje dłońmi koloru węgla. I nawet brzuch nie boli.

Niefajne są okolice placu Merdeka, ale przesyfiata kolonialna starówka Kota, gdzie kopi można wypić na kuckach za równowartość 30 groszy, wywołuje już poczucie przyszłej nostalgii. Bielone wapnem holenderskie budynki podpatrują zza symboli turystycznej chałtury kontynentu – gromady palm. Tak samo jak w Wientianie, Kampot, Hanoi czy Tha Khaek – azjatycki rozkład wszedł na głowę inżynieryjnej myśli Starego Kontynentu. XIX-wieczny Amsterdam po inwazji zombie.

A stąd już kilka kroków do Luar Batang – części dawnej dzielnicy portowej, współcześnie soczystym slumsie. Dzieci grają tu gołębiami w zośkę, a na plastikowych skrzynkach po piwie przesiadują typy z wytatuowanymi twarzami o niejasnej przeszłości. Azjatyckie życie nad wodą, która służy odprowadzaniu ścieków, praniu i przyrządzaniu herbaty. Co godzina słychać zawodzenie z pobliskiego minaretu, którego echo odbija się w tych klaustrofobicznych alejach o żeliwne imbryki i fragmenty blachy falistej. Indonezja pod skórą – surowo i bez palmy.

Rzuć okiem na podobne posty:

Dodaj komentarz