Kulą w Colombo?

Tropikalny ukrop i autobus z grubą folią na siedzeniach – iście genialne zestawienie. Pomoc w zniesieniu tego ma nieść hologramowa Matka Boska i choinkowe lampki dyndające nad głową kierowcy. Lankijska stolica zaledwie kilka kilometrów z przodu, ale spalinowy potwór zdaje się tracić siły w kołach. Azjatycka niecierpliwość transportowa w pełni. Ale czego oczekiwać za dwa złote?

Colombo miało przypominać Delhi, ale lustrzanym odbiciem Indii jest tylko jego skrawek – Pettah. Jedno z kilku miejsc w mieście, gdzie ulica całą dobę oddycha ludzkim znojem. Składy czosnku i kartofli, sprzedawcy przesłodzonej herbaty, wróżbici i dewoci, kamienice sprzed stulecia przerobione na hurtownie. W zaułkach gmachy meczetów i wybudowanych przez Holendrów katedr. Są też krowy – święte tylko dla Tamilów. Buddyjscy Syngalezi wolą widzieć je na półmisku jako składnik curry. Jeden z wielu symptomów ciągle podzielonego kraju.

Pettah jest surowa i stara się sprawiać wrażenie niebezpiecznej, ale nic z tych rzeczy. Wymaga oswojenia się z tłumem i kurzem wzbijanym w powietrze przez tabuny tęczowych ciężarówek. Ich kabin strzegą posążki bóstw wszelkich religii, wianki świeżych kwiatów, paciorki różańca a nawet malunki baśniowych koni. Tak przygotowany wehikuł łatwo przeciwstawi się śmierci, która przy lankijskich drogach czai się tu i ówdzie, zwykle pod postacią kokosowego araku. W międzyczasie jednak kierowcy ucinają drzemkę, co sygnalizują wystające z szoferki stopy. Ich palce niewiele różnią się od ładowanych na pakę ziemniaków.

Poza tymi kilkoma przecznicami azjatyckiej zawieruchy, metropolia pozostaje dziwnie spokojna a wielu miejscach – niepokojąco nowoczesna. Im dalej od centrum, kwitnie jednak życie przy biegnących równolegle do plaży torach. Luksusowe bieda-dzielnice z widokiem na fale Oceanu Indyjskiego. Deweloperzy ostrzą zęby a bezrobotni rybacy drwiąco siurają pod palmą. Popołudnia spędza się w cieniu rozmyślając o przywileju sklepowych ćmików, które są na Sri Lance cholernie drogie. Raz po raz spadający kokos wywierci dziurę w jednym z wątłych dachów. Krzątające się kury wyglądają na znudzone.

Zjawiskowe są też kursujące tędy podmiejskie składy. Buczenie ich klaksonów wskrzesza duchy z martwych. Ale muszą tak wyć skoro pół metra dalej gospodynie wieszają pranie a szczerbate dzieci gonią się z patykiem. Do południa względnie puste, w godzinach szczytu wypełniają się młodymi i ambitnymi, którym marzyłby się apartament przy Galle Face (ekskluzywna część Colombo, w której kwitną kondominia). To może kiedyś. Póki co wracają do Dehiwali, Panadury i Kalutary w koszulach, które biurowy ząb czasu pokrył wyblakłym deseniem. Marzenia o dostatku płynnie przechodzą w sen wewnątrz rdzawych wagonów.

Rzuć okiem na podobne posty:

Dodaj komentarz