Lód kirgiskiego lipca

Dwóch tragarzy w trampkach i jeden w sandałach. Wspinamy się z wolna po ubłoconym zboczu, a nasze myśli krążą już wokół jutrzejszego poranka. Zakładanie przemoczonych do suchej nitki butów – to będzie to. Nie taka pogoda miała być w lipcowym Kirgistanie, ale ciężko wygrać pojedynek z przedgórzem Tien Szanu. W obozie biwakowym straszą wycięte z drewna leśne dziady i wklejki polskich ultrasów. Ognisko dziś nie zapłonie, las wchłonął za dużo wilgoci.

Cel: jezioro Ala Kul – 3560 m n.p.m. Ni to wysoko, ni nisko, ale oddech już trochę płytszy. Alpejskie iglaki ustępują miejsca brunatnym zboczom z kamienia. Drobnica ślizga się pod podeszwą i wywołuje mikro-lawiny. Kilka kroków, interwał, przyspieszony oddech, interwał, łyk wody z potoku i dalej – na przełęcz, za którą czeka nagroda. Lazurowa górska tafla cieszy oko i ucho – ziemia tutaj milczy. Szczyt NATO, mistrzostwa w gałę, wybory w Stanach – to wszystko zdaje się tu jakieś z dupy.

Błędem było myśleć, że to koniec atrakcji. Chmury zbierają się nad pobliskim lodowcem, gdy stajemy na szczycie ośnieżonej grani. Kolejna dolina tonie w złowieszczej mgle, ozdobiona jęzorami białego, mokrego puchu. Zejście w dół na pierwszy rzut oka pionowe – koszmar trekkingowego laika. Równie dobrze można by stąd skoczyć na paralotni. Ślizgamy się w dół po mokrym żwirze, którego hałdy hamują co kilka metrów bezwładny ruch. Jest cudnie – kirgiska przyroda pokazuje spektakularną twarz.

I ostatni kemping – przestrzenna dolina w kolorze soczystej zieleni, przecięta serpentyną rwących potoków. Trzy namioty, ryż na kuchence gazowej, a parę godzin później od cholery gwiazd. Ciuchy już trochę śmierdzą, ale opłaciło się tu doczłapać. Z rana tragarze wynoszą karimaty na zewnątrz – zmiana prognozy i słońce pali już od świtu. W towarzystwie takiej aury docieramy do Altyn Arashan, wioski z kilkoma chałupami i drewnianym mostkiem z obrazka. Gorące źródła i zimne piwo – koniec pierwszego kirgiskiego wyzwania.

Rzuć okiem na podobne posty:

Dodaj komentarz